Oda do wirtualnych koszyków


Łapie się nie raz na tym, że pół dnia przesiedzę oglądając pierdoły w Internetach, chodząc po sklepach on-line i pakując stosy niepotrzebnych rzeczy do wirtualnego koszyka. Czuje się wtedy taka fajna, bo sobie mogę „pokupować” to, co mi się podoba. Pooglądać i poudawać, że mam. Tak oto pięknie tracić czas można tylko dzięki nowoczesnej technologii. 

Po cholerę mi te wszystkie newslettery z co rusz nowych stron z tym i owym, z dziecięcymi ciuchami lub bio kosmetykami. Czemu ciągle odczuwam chęć posiadania? Czemu jeszcze mój mozg nie ogarnął, że to wszystko kosztuje i to nie jest wirtualne życie. Mam przecież ograniczony zasób portfela a nie miliony monet. Mam pensje, której jakaś część idzie na żłobek, inna na pampersy i mleko, jeszcze inna na paliwo a kolejna na szybki shopping na spożywce, żeby przeżyć do kolejnego miesiąca. Fakt, mam nie raz jakieś inne potrzeby. Dziurawe skarpety czy prujące się gacie trzeba wymieniać, bo wstyd, jak człowiek z ludźmi pracuje. Tylko po co mi kolejny krem do rąk skoro mam już trzy? 

Zabije nas ta chęć posiadania, jak boga kocham. Pisze to na swoim przykładzie, bo mi łatwiej, ale niech rzuci kamieniem ten, kto nie kupuje, bo lubi. Idę, wydam chajs, bo mam taki kaprys. A co tam. Jest debet, jest kredytówka. Kiedyś się spłaci. A jak się nie uda to woda i tynk ze ściany też są spoko. Pociągnę do końca miesiąca i znowu będę bogata. 

Dałam się ja nabrać na aplikacje do telefonu. Nie powiem, w dużej mierze jest ona na plus, ale tylko jak się zna umiar. Kontroluje dzięki temu, co by wyhaczyć w pierwszej kolejności to, co i tak kupić muszę czyli m.in. wyprawka dla młodej (mleko, pieluchy, chusteczki słoiczki i inne must have), ale reszta to są naciągające mnie na wydatki super wypasione rzeczy, które aż krzyczą że muszę je mieć. A huk tam…nic nie muszę! Jestem dorosła i nikt mi nie będzie mówił, co ja muszę. Właśnie, że to ja będę decydowała o tym, co i jak. 

I wiecie co, stawiam się ja teraz tej cholernej elektronice, tej potrzebie posiadania ogromu duperelów i bibelotów. Nie chce sobie zaśmiecać życia rzeczami. Chce kolekcjonować chwile i rozkoszować się momentami. Nie chce przegapić czegoś ważnego na rzecz nowej gazetki Pepco (nie umniejszając, oczywiście). Nie chce żeby moje dziecko miało w pamięci wgapioną w telefon matkę. Chce za to każdą chwilę poświecić czemuś, co daje wspomnienia. Niech tylko ktoś da mi siłę, abym wytrzymała w tym postanowieniu. Byle do kolejnych zakupów w Lidlu. Amen.


You Might Also Like

5 komentarze

  1. Brawo Aniu,jestem panią dużo starszą od Ciebie(no dobra w wieku Twojej Mamy)..i też często rządzi mną Miecio..czyli muszę coś MIEĆ..nie daj się..najważniejsza jest córeczka i jej tata..

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny wpis :) Ja sobie radzę z zakupoholizmem i chęcią posiadania tak, że... bardzo rzadko chodzę do sklepów :) Zakupy spożywcze i ubrania staram się kupować przez internet :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o widzisz, a mi wlasnie przez internet sie tak łatwo wydaje...eh :)

      Usuń
  3. Przez internet rzeczywiście jakoś pieniądze łatwiej uciekają. Lepiej jest np. pójść przymierzyć do sklepu sweter, który okazuje się źle leży i go nie weźmiemy a gdy go zamówimy, to gorzej się zmotywować, by go odesłać, ale dzięki temu zyskujemy nowy sweter do chodzenia po domu :P Trzeba walczyć ze sobą! :D

    poprostualeksandraa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.